Zdecydowana większość osób bezkrytycznie przyjmuje zasady i wartości otoczenia. Na myśl o tym, że mogliby uwolnić się spod dyktatu tradycji, społecznych schematów i oczekiwań, robią w portki. Startują jedynie w cudzych wyścigach, na cudzych zasadach, karmiąc się iluzją ustabilizowanego życia, krótkotrwałego świętego spokoju lub szczęścia i sukcesu, których nigdy nie doświadczą. W rzeczywistości stają się himalaistami z efekciarstwa, ze snobizmu, albo z obawy o wyjście poza narzucone oczekiwania i utarte schematy. W życiu tych ludzi musiałaby nastąpić jakaś Hiroshima, żeby zaczęli robić coś od nowa lub zupełnie inaczej.

Dla mamusi nie zostaniesz księdzem?

W dzieciństwie wyglądałem jak sobowtór Anji Rubik. Miałem loczki, niewinną buźkę, byłem totalnie płaski i mylono mnie z dziewczynką. Zatroskane babki, ciotki i nauczycielki ciągle torpedowały mnie pytaniem, kim chcę zostać, kiedy dorosnę.

Tylko skąd ja to kurwa miałem wtedy wiedzieć? Durne pytania już od przedszkola budowały we mnie poczucie, że muszę się jakoś określić. I nie chodziło przecież o decyzję, czy wolę mieć figurkę Wojowniczego Żółwia Ninja, czy może klocki Lego. Te pozornie niegroźne pytania były tak naprawdę tylko preludium do popychania w kierunku, który wpisywałby się w ambicje i oczekiwania dorosłych.

Na kolejnym etapie wszyscy dookoła szykowali kolejne wyścigi. Nie byłoby w tym absolutnie nic złego, gdyby kreowali konstruktywnie świat i wzbudzali apetyt do osiągnięć poprzez odkrywanie ukrytych talentów i sterowanie pozytywnymi emocjami. Bo wtedy każdy wyścig byłby motywowany wewnętrznie, wynikałby z indywidualnych, faktycznych potrzeb i opierał się na twoich zasadach. W wielu przypadkach było to jednak bardziej zaciskanie pętli i start w cudzym wyścigu, na cudzych zasadach.

Skrajnym przykładem był mój licealny kolega Darek, którego matka przypominała nieco katastrofę w Czarnobylu. Miała wysokie stężenie toksycznej wizji przyszłości obu jej synów. Wymyśliła sobie, że Darek zostanie księdzem, a jego brat lekarzem. To był lejący się szerokimi strugami egoizm – chodziło przecież o to, żeby na starość jeden dbał o jej zdrowie w gabinecie lekarskim, a drugi przed ołtarzem. Skończyło się tak, że brat Darka zaczął pracę w lokalnej telewizji, gdzie po godz. 23 puszczał niemieckie pornole z kaset VHS, a Darek te pornole przynosił do domu, żeby je później kopiować i pożyczać kolegom.

Nie idź za tłumem, bo nigdzie nie dojdziesz

Pół biedy, kiedy zawód, kierunek studiów, czy czas na wybór żony lub męża narzuca bliskie otoczenie. Przy odrobinie odwagi możesz wyłożyć im brutalną prawdę, że kiedyś ich już przy tobie nie będzie. I co wtedy? Chcesz w turbo dynamicznie zmieniającym się świecie pozostać w zgodzie ze sobą, czy stać się zlepkiem wizji i oczekiwań osób, którzy albo kopnęli w kalendarz, albo już ich nic z tobą nie łączy?

Niestety, powiększa się grono moich znajomych, którzy startują w cudzych wyścigach z innego, bardziej niepokojącego powodu. Pętle na szyi zaciskają im też media i popkultura, które na masową skalę są zafascynowane sylwetkami wybitnych prezesów, założycieli startupów i celebrytów. Każdy ranking najbogatszych, najbardziej popularnych, z największą liczbą followersów staje się jedynym słusznym barometrem sukcesu i szczęścia.

Nie ma absolutnie nic złego w tym, żeby inspirować się i cieszyć z dokonań innych. Problem polega na tym, że społeczeństwo zaczyna wymachiwać tymi nazwiskami, malując złudny obrazek, że to droga dla wszystkich. A to gówno prawda, bo po pierwsze, rynek nie jest tak elastyczny, żeby wszystkich zaciągnąć na sam szczyt. A po drugie, nie można sobie dać wmówić, że istnieje jedyna słuszna definicja i kryterium sukcesu.

W rezultacie ludzi zaczyna dopadać niepokojące uczucie, że skoro nie idą drogą tych nazwisk, albo nie marzą, by być na ich miejscu, to jest coś z nimi nie tak. Każda mniej wytarta ścieżka, nawet własnych, drobnych przyjemności i spokoju, niesprawiedliwie przypina ci łatkę niezrozumiałego dla otoczenia outsidera.

Fałszywe “ja”

W ostatnich 3 latach byłem zapraszany do rekrutacji w Google, Revolucie i Uberze. Oczami wyobraźni rysowałem sobie początkowo perspektywę ociekającą niepowtarzalnym prestiżem i kosmicznymi zarobkami. Zaciskała się na mnie ta pętla z zabetonowaną definicją sukcesu i szczęścia na miarę najlepszych, najbardziej modnych marek, startupów i znanych nazwisk. Ulegałem poczuciu, że to jest jedyna ścieżka na sam wierzchołek, a ustawienie się nawet na samym jej początku jest właściwą decyzją.

Z każdym kolejnym etapem rekrutacji (i z każdym miesiącem pracy w innym miejscu) dopadały mnie dwie sprawy. Po pierwsze, startowałem w cudzym wyścigu na cudzych zasadach. Po drugie, pieniądze mają znaczenie do momentu zabezpieczenia wszystkich potrzeb życiowych, jakie mogłem swobodnie zrealizować – od flagowych smartfonów po wakacje na Zanzibarze. Powyżej tego poziomu mój psychiczny dobrostan przestał zależeć od stanu konta. Zrozumiałem przy tym 3 bardzo ważne rzeczy:

  1. Sukces to jedno, a szczęście to zupełnie coś innego. Nie warto zawsze stawiać między nimi znaku równości;
  2. Warto robić rzeczy, które Cię wewnętrznie kręcą, nawet kosztem mniejszych benefitów
  3. Jeśli pojawia się więcej wątpliwości niż zadowolenia, a Ty skupiasz się bardziej na wyniku, niż na procesie, zostaw to, zmień to, zacznij od nowa;

Przesuń się o krok, tak żeby słońce mogło na mnie świecić

Wiele gatunków łososi ma absolutnie zdumiewającą umiejętność. Wykorzystując energię wirów, które powstają, gdy woda napotyka jakieś przeszkody, wyginają naprzemiennie swe ciało i prześlizgują się między obszarami zawirowań. W ten sposób płyną pod prąd, pokonując wartkie potoki i nie padają z wyczerpania. W startowaniu we własnym wyścigu na własnych zasadach wcale nie chodzi o to, żeby stać się kolejnym gatunkiem łososia. Wcale nie chodzi o to, żeby pomalować się na niebiesko, stanąć pod prąd na środku ulicy, wyginać ciało w rytmie Macareny i prześlizgiwać się między samochodami w imię nonkonformizmu. Chodzi o coś zupełnie innego.

Chodzi o inteligentne, odważne, czasem nieco cyniczne budowanie dystansu do odbywających się cudzych wyścigów. Nic lepiej tego nie zobrazuje, jak anegdota o spotkaniu Diogenesa (cynicznego filozofa) z królem Aleksandrem Macedońskim:

– Jestem Aleksander, Wielki Król
– A ja jestem Diogenes, pies.

A kiedy król powiedział, że spełni każde jego życzenie, podobno odpowiedział:
– Chciałbym, abyś przesunął się o krok, tak by słońce mogło na mnie świecić.

Nawet, jeśli to tylko mity, warto w ten sposób budować sobie zdrową pogardę zarówno dla tłumu, cudzych wyścigów, narzuconych norm i oczekiwań. Świat będzie oczywiście nakłaniał Cię, żeby ciągle się z kimś ścigać, żeby napierać, wspinać się i walczyć o lepsze. I czasem będzie miał rację, bo nie warto zacząć doceniać drobnych przyjemności dopiero w momencie otrzymania wyników diagnozy nowotworowej.

W innych przypadkach też świat może mieć rację, ale najlepsze, co możesz wtedy zrobić, to wrzucić niższy bieg. Albo ustalić własne zasady i wystartować we własnym, komfortowym wyścigu. W wyścigu, w którym nie musisz nic udowadniać, nie musisz ani wygrywać, ani przegrywać. Możesz zatrzymać się na 9 km, stanąć i robić to, na co masz w danej chwili ochotę, a nie to, co sobie na starcie ubzdurałeś.

Dziś jestem sobie sterem, sobie żaglem. Nie mam nad sobą szefa, z nikim nie ustalam swoich opinii. Nie udowadniam, że stać mnie na więcej i jestem silniejszy od siebie. I wcale nie nakłaniam Cię, żebyś zrobił dokładnie to samo. Bo tak jak w przypadku wymachiwania znanymi nazwiskami dla udowodnienia, że to droga dla wszystkich, tak i blogowanie czy  prowadzenie własnej firmy nie jest dla każdego.

Jeszcze z 10 lat temu miałem wrażenie, że codziennie rano wstaję do pracy, taplam się w jakiejś ohydnie nudnej papce niczym kleik z miski Oliviera Twista, wracam, jem obiad, idę spać i tak w kółko. I że na to nie zasługuję. Później nastąpiła era, w której uwierzyłem, że obniżające się bariery wejścia do social mediów, mobilność, nieograniczone możliwości zaprowadzą mnie na szczyt, że warto startować w wyścigach i być najlepszym we wszystkim. A dziś najlepiej czuję się po środku. Nie być ani grubym, ani wysportowanym, ani nie wpierdalać fit jedzenia, ani śmieciowego, nie preferować ani małych cycków, ani kosmicznie wielkich.

2
Dodaj komentarz

avatar
5000
  Subscribe  
Powiadom o
Michał
Gość
Michał

Bardzo mądry wpis, teraz jak nigdy dotąd pętla wizji stania się osobą popularną odnoszącą sukcesy może dosięgnąć każdego. Każdy ma internet i każdy widzi kto jak się urządził, czy to za sprawą swojej ciężkiej pracy czy dlatego, że rodzice bogaci. Teraz każdy chce mieć swój sklep internetowy, butik, własną linie odzieżowa, ale nikt nie chce pracować ciężko, byleby się nie zmęczyć, co to to nie. Dlaczego teraz lansowany jest trend wymian barterowych przez pseudo influencerów? “Hej mam 300 tyś followersów, przyjdę do Was na obiad, porobię kilka fotek, ja zjem za darmo, a Wy będziecie mieli reklamę” To jest tak… Czytaj więcej »

Pawel
Gość
Pawel

Wybacz stary, ale nie zgadzam sie z Tobą: mieszasz dwie odrębne sprawy: odnalezienie własnego “ja” i sensu istnienia ze startowaniem w “cudzych wyścigach”. W dzisiejszym świecie często startowanie w “cudzym wyścigu” może dać Ci jedyną możliwość robienia tego, co kochasz. Osoba, która kocha programować będzie miała więcej satysfakcji z bycia devsem w Gogielu niż z pracy we własnym startupie, gdzie zamiast kodu będzie musiała ogarnąć prowadzenie biznesu.