Zanim podam danie główne, krótkie wyjaśnienie. Jestem koneserem miejsc, które nie są utuczone masową turystyką. Unikam zatłoczonych atrakcji, polecanych w przewodnikach. Dlatego omijam utarte szlaki i uwielbiam się gubić. Odkrywam miejsca tak, jak nie robią tego przewodniki. Jeśli więc oczekujesz opisów największych atrakcji turystycznych, to niestety zły adres.

Ale do rzeczy. Madryt nie był moim głównym celem podróży. Tu doleciałem i stąd na drugi dzień udałem się pociągiem do Andaluzji. Miałem raptem 8 godzin, w tym kilka wieczornych, by pobłądzić po zaułkach hiszpańskiej stolicy.

Nocny spacer był bezsprzecznie lepszy, niż ten w ciągu dnia. Gdyby mnie ktoś zapytał, kiedy Hiszpanie się budzą, bez zastanowienia powiedziałbym, że gdzieś tak ok. 20! Place, uliczki, tapas bary wypełniają się właśnie o tej porze i dzięki nocnemu spacerowi o wiele łatwiej poczuć ten prawdziwy klimat miasta. Taki typowy, tutejszy, a nie turystyczny jak za dnia.

Długo błądziłem, długo obserwowałem. Z taką manią porównywania wszystkiego z historycznymi, starymi częściami polskich miast. I wiecie co? Madrytowi udało się coś, czego nie udało się żadnemu polskiemu miastu. A przynajmniej nie w takiej skali.

Udało się zatrzymać na powierzchni ziemi malutkie, rodzinne biznesy w centrum miasta. Często o bardzo specyficznym i mało spotykanym asortymencie. Coś, co w Polsce już dawno zeszło do podziemi. Bo ceny najmu lokali na tzw. Starych Rynkach czy Starych Miastach w Polsce przekroczyły możliwości drobnych przedsiębiorców.

Zobaczcie, jak wyglądają centra polskich miast. Bank, Jeżyk, bank, Małpka Express, Żabka, bank, bank, Jeżyk itd. Czasem jakieś bistro, ohydny kebab i mnóstwo centrów handlowych z sieciówkami. Nie ma już małych, klimatycznych księgarenek, sklepików z rupieciami, które pamiętają nasze babcie, albo takich tematycznych, np. tylko z odzieżą dla miłośników pichcenia w domu czy z kapeluszami.

Mało tego! Te malutkie biznesy zachowały stare witryny sklepowe. Nierzadko całe drewniane, z jakimiś firankami, nazwami wymalowanymi na ceramicznych płytkach sprzed kilkudziesięciu lat. To jest fascynujące, że nie trzeba iść do muzeum, by zobaczyć historię miasta. Bo to właśnie te witryny sklepowe świetne pokazują to, jak wyglądał Madryt, kiedy mnie na tym świecie nie było. Czego chcieć więcej? A orgazmu dostałem wtedy, kiedy natrafiłem na maluteńki sklep, gdzie podsiwiały pan sprzedawał różnego typu orzeszki i pestki w papierowych rożkach. Coś tak na tzw. grab and go! 🙂

Ale już kończę pisać. Zamilknę, a ty przejrzyj teraz poniższą galerię zdjęć. Ona jeszcze lepiej pokazuje to, co mnie zachwyciło i chciałem ci przekazać.

[divider]

In this article

Join the Conversation

2 comments

  1. Edyta Odpowiedz

    Kamilu powinienes wpasc do Szwajcarii, ale nie tej turystycznej. Mozna poza sezonem oszalec z nadmiaru wrazen. Lub w sezonie, ale z masa Szwajcarow, bo turysta przeciez na jakas mala gorke sie nie wybierze, nad jakies banalne jezioro z widokiem, tudziez do jakiejs wioski z nazwa nieznana. To jest kraj, gdzie jak Ci sie cos po drodze spodoba mozesz sie zatrzymac i zostac. Ot tak nad potokiem. Droga co zajmuje 3h moze trwac i 8h, a nawet nie osiagniesz celu, bo droga jest wazna, a nie cel.
    Pozdrawiam Edyta

    View Comment
    1. Kamil Newczyński

      Chętnie 🙂

      View Comment