Vlogi rosną w siłę
foto: YouTube

[To jest elektroniczny przedruk artykułu, który ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Marketing w praktyce” (styczeń 2012 r.) i został stworzony na potrzeby czasopisma (objętość, target etc.). Nie musi on zatem stanowić pełnego wyczerpania tematu oraz posiadanej wiedzy w tym zakresie.]

Kiedy za oceanem dyskutowano o zaletach i wyższości vloggingu nad bloggingiem, w Polsce stawiano pytania o sens wykorzystywania blogów w komunikacji korporacyjnej. To kolejny przykład, że nowe trendy w kraju nad Wisłą zadomowiają się przynajmniej z 2-letnim opóźnieniem.

Dziś polskich vlogerów, czy też showmanów z YouTube, którym warto poświęcić uwagę, jest jeszcze niewielu. Ich potencjał jest jednak na tyle duży, że niektóre marki zdążyły już to wykorzystać do realizacji własnych celów marketingowych. Czy, jak i dlaczego warto współpracować z twórcami treści wideo w internecie, przedstawiam na kilku konkretnych przykładach, także z rodzimego podwórka.

Vlog to nic innego jak blog, którego przeważającą część stanowią materiały wideo. Zdecydowana większość z nich ląduje na słynnym portalu YouTube. Techniczna różnica polega jednak na tym, że klasyczni blogerzy osadzają swoje treści (głównie teksty i zdjęcia) albo na własnej stronie z domeną, albo korzystają z wewnętrznych platform blogowych takich jak np. blogspot.com czy blox.pl.

W przypadku polskich vlogerów „domem” jest dla nich kanał na YouTube – nie mają oni w większości własnych stron internetowych, na których osadzają swoje filmy. To jednak wcale nie przeszkadza im w zdobywaniu stałych widzów i popularności w sieci.

Mój mały Hollywood

Jak wiele trendów, tak i vlogging przywędrował z USA. Skokowy szczyt popularności amerykańskie vlogerki zdobyły ok. 4 lat temu. Pierwszą z nich, która przekroczyła milion subskrypcji, była Michelle Phan. Jej vlog to dziś poradnik o modzie i wizażu dla milionów internautek z całego świata. Pojedyncze odcinki notują dziś niekiedy grubo ponad 2 miliony odsłon.

Nie mniejszy sukces osiągnęła Brytyjka Lauren Luke, znana w sieci pod pseudonimem panacea81. Choć liczba jej subskrybentów wynosi jedynie pół miliona, to może się ona poszczycić kosmetykami pod szyldem własnego nazwiska, dwiema autorskimi książkami i stałą rubryką w brytyjskim dzienniku „The Guardian”.

Na polskim podwórku również wykształciła się już niewielka grupka vlogerek, „produkujących” treści wideo o tematyce podobnej do swoich zachodnich koleżanek po fachu. To głównie znane z blogosfery fashionistki, czy jak kto woli szafiarki, oraz wizażystki. Mogą one na razie pomarzyć o statystykach wyświetleń czy subskrypcjach z sześcioma cyframi. Jednak kilkadziesiąt tysięcy wyświetleń i kilkanaście tysięcy stałych widzów to już łakomy kąsek dla przedstawicieli nie tylko największych marek.

Ja, kamera i szminka

Vlogerki z pozoru niewiele różnią się od klasycznych blogerek. Także, a może i przede wszystkim, są żywymi przewodniczkami po świecie mody, koleżankami z sieci, które inspirują i podpowiadają. Są w końcu też prosumentkami, market mavens, grupą konsumentek, która ma z pewnością dziś spory udział w rozpowszechnianiu informacji o usługach i produktach w społeczeństwie.

Twórczynie treści wideo w sieci publikują przede wszystkim filmiki instruktażowe. Pokazują na nich, jak zrobić makijaż, czy ułożyć włosy, prezentując przy tym produkty, które w ich opinii najlepiej się do tego nadają. Widz obcuje ze słowami i wizerunkiem żywej osoby, a nie tylko jej tekstem. Wszystko jest więc zatem bardziej autentyczne. O wiele łatwiej jest przecież przekazać instrukcje dot. makijażu na filmie, niż opisać to słowem czy statystyczną fotografią.

Wystarczą im do tego cztery ściany własnego pokoju, kamerka internetowa i kosmetyczka. Fashionistki z kolei zabierają niekiedy kamery do sklepów odzieżowych, eksponują konkretne „metki” i doradzają, w co ubrać się na różne okazje.

Pole do popisu dla marketerów jest tutaj ogromne. Wypowiedziane przez zachodnie gwiazdy YouTube słowa działają na ich fanki niczym zaczarowana różdżka. Rekomendowane przez nie produkty wnet znikały ze sklepowych półek. Później marki zaczęły same się zgłaszać, a vlogerki mogły wybierać, z kim chcą współpracować.

Siła polskich odpowiedniczek Lauren Luke i Michelle Phan jest z pewnością słabsza. Ale na tyle wysoka, że kosmetyki przekazywały vlogerkom takie marki jak Vichy, czy mniej znane Vipera i Joko. Sieć Aptek Super-Pharm sponsorowała odcinki jednej z nich, a drogerie Rossman rozpisały swego czasu konkurs na najlepszy wideoblog. To konkretne przykłady, że choć vlogging w Polsce raczkuje, to wcale nie jest ignorowany. Wręcz przeciwnie. Daje spory wachlarz działań w zakresie kreowania marki w sieci.

Warto jednak pamiętać, że prosumenci, choć nie są liczną grupą, to jednak niezwykle wpływową w swoich środowiskach. Posiadają rozległą wiedzę o produktach i usługach swoich ulubionych marek. Biorą aktywny udział w procesie ich tworzenia, dzielenia się swoją opinią i doświadczeniem. Niegdyś informacje te przekazywane były ustnie, dziś prosumenci robią to recenzując produkty właśnie na vlogach, biorąc udział w dyskusjach na forach internetowych, czy publikując krótkie wiadomości w swoich profilach na Facebooku.

In this article

Join the Conversation

5 comments

  1. Tytus Wilam Odpowiedz

    Trafiłem tu z Wikipedii 🙂 Propsy za tekst i bloga. Masz niezłe pióro!

    View Comment
  2. Ciemna Odpowiedz

    Ja też z Wikipedii 🙂 Skąd wiadomo, że Phan jako pierwsza miała milion subskrypcji? Potrzebuję tego do pracy licencjackiej. Jakbyś mi mógł podesłać źródło lub coś gdzie dalej sama pokpię, to będę wdzięczna: malaciemna@wp.pl

    View Comment
    1. Kamil Newczyński

      Skąd wiadomo? Wiadomo z tego bloga, więc źródłem jest adres strony: http://www.socialtalk.pl

      View Comment
    2. Ciemna

      Dzięki! 🙂

      View Comment
  3. Sven Malefist Odpowiedz

    I ja tez trafilem z Wikipedii. Sam probuje przerobic swoj marazm zycia na rodzaj vloga, ktory na razie jest dosc eksperymentalny. Zaprszam jesli lubicie dziwactwa 🙂 https://youtu.be/FvI4kUqHvEM

    View Comment