Jeśli zapytasz przypadkową osobę na ulicy, skąd bierze się u niej parszywa frustracja i tęczowy wulkan radości, to najpewniej rzuci przewidywalną receptą. Jedno i drugie wylewa się z najczęściej otaczających cię ludzi, satysfakcji zawodowej (lub jej braku), inteligencji finansowej oraz zdrowia. Zacznij tylko drążyć głębiej, a najpewniej te kropki trafnie szybko sama połączy: szczęście to wypadkowa wyjątkowych ludzi, którymi się otaczam, bo to pobudza do zmian oraz inwestycji w siebie, co dalej przekłada się na lepszą pracę i więcej środków, które mogę przeznaczyć na zajebiste życie.

Definicja śmierdząca truizmem? Wręcz pseudocoachingiem? Oczywiście. No to dlaczego wciąż potrafimy w teorii tak łatwo to rozpracować, a w praktyce zajebistego życia szukamy na promocyjnej zdrapce w chipsach?

Dobrze jest wtedy, kiedy nie jest tak źle

Nasi rodzice i dziadkowie zostali wychowani w poczuciu otaczających nas wrogów (raz ze wschodu, raz z zachodu). Patrząc na historię ostatniego stulecia, nasze działania były przecież głównie sprowadzone do obrony. Nauczyciele motywowali nas negatywnymi konsekwencjami niezdania klasówki, zamiast używać języka korzyści. Wypaczeni kulturową patologią rodzice wzbudzali nieufność stosując motywację unikową, która skupia się jedynie na omijaniu zagrożeń. Ile razy słyszeliśmy w dzieciństwie „nie chodź tam, bo jest niebezpiecznie”, „dmuchaj na zimne”, „gdyby kózka nie skakała[…]”?

Utarte schematy obronne nie sprzyjały wychowaniu w motywacji dążeniowej, która kreuje konstruktywnie świat, wzbudza apetyt do osiągnięć, jest motywowana wewnętrznymi czynnikami i sterowana pozytywnymi emocjami. Deficyt takiej mentalności spłodził przepotężną grupę ludzi, dla których dziś dobrze jest wtedy, kiedy nie jest źle. Ludzi, którzy unikają proaktywnych działań nastawionych na sukces w obawie przed poniesieniem porażki.

Nie ufaj innym

Jednym z największych hamulców jest brak społecznego zaufania. I sam byłem tego przykładem. Pochodzę z bardzo przeciętnej, dalekiej od ideałów rodziny. Zawdzięczam swojej mamie wiele absolutnie wyjątkowych rzeczy, bez których nie byłbym tym, kim jestem teraz. Niestety, dostałem to wszystko z całym dziedzictwem minionej epoki, której mentalność można skrócić do słów „nie ufaj innym”.

Musiała minąć dekada od bardzo wczesnej wyprowadzki z domu, żebym się z tej mentalności na dobre wyleczył. I co ważniejsze – zrozumiał jej niszczycielskie skutki dla własnego rozwoju. Obaliliśmy komunizm, zmienił się ustrój, przywozimy zachodnie przyzwyczajenia do Polski, a wciąż pokutuje społeczny brak zaufania. Do wszystkich, wszędzie i na każdej płaszczyźnie. Wpadasz w drugi próg podatkowy? Jesteś bogaczem-złodziejem. Sprzedajesz coś w sieci? Naciągasz ludzi! Jak kogoś innego odsądzisz od złodziei, to sam będziesz wyglądał na uczciwego. A najlepiej na ich ofiarę, choćby nie wiedzieli o twoim istnieniu.

Ciągłe myślenie „ktoś inny chce mnie oszukać” jest społecznym nowotworem, który z prędkością światła doprowadza do chorej podejrzliwości i hamuje ludzki potencjał. W ekstremalnej wersji zakrawa na urojenie, niszczące chęć do współpracy, budowania zdrowych relacji i wzajemnego zaufania w każdym środowisku.

Można się uwziąć na minioną epokę i obwiniać nieświadomych swojej mentalności rodziców. Prawda jest jednak taka, że tę spiralę nakręcają wszyscy bez względu na wiek, wykształcenie czy zamożność. Media budują iluzję niebezpiecznego świata, nafaszerowanego jedynie dramatycznymi zdarzeniami. W ostatnich wyborach samorządowych wygrał w miastach strach przed drugą stroną barykady, a nie konstruktywna propozycja lepszej rzeczywistości. Wygrała motywacja unikowa (anty-PiS), a nie dążeniowa (mamy lepszą propozycję i wiemy, jak to osiągnąć).

W konsekwencji zarażamy kolejne pokolenia zachowaniem skupionym na unikaniu (bólu, zagrożenia, strat). Wychowujemy ludzi defensywnych, którzy wolą bronić marnego statusu quo, niż wyznaczyć sobie ambitne cele i konsekwentnie dążyć do ich osiągnięcia. To wszystko totalnie nie pasuje do mentalności na miarę XXI wieku.

Zajebiste życie zaczyna się w domu, od spojrzenia w lustro

Przejawiamy niezrozumiałą, niszczycielską tendencję do odnajdywania błędów wszędzie, tylko nie w sobie samym. Za wszelkie zło obwiniamy polityków, szefa w pracy, sąsiada, urzędnika, teściową. Choćby 99 elementów było doskonałych, najpierw zwrócimy uwagę na ten jeden, który ma jakiś defekt. Bo tak jest łatwiej. Bo łatwiej jest znaleźć problemy na zewnątrz, niż w sobie i spróbować je wyeliminować.

Musimy się wyleczyć ze społecznego nowotworu, który nakazuje nam sądzić, że osiągnięcie czegoś ponad przeciętną to efekt albo nieuczciwości, albo znajomości, albo szczęścia. Nawet ostatnio w prywatnym gabinecie młodej lekarki usłyszałem, że skoro mam tak zajebiście wyrozumiałego pracodawcę, to musiało mi się poszczęścić. Ciekawe, w której kolekturze był ten szczęśliwy los?

Wystarczająco dobry mąż to nie jest taki, który zarabia, nie pali i nie krzyczy. Wystarczająco dobra praca to nie jest taka, która pozwala ci jedynie przetrwać do pierwszego, a szef nie stosuje mobbingu. Wystarczająco dobre jedzenie to nie jest takie, które jest tanie i bez glutenu. Zajebistego życia nie znajdziesz na promocyjnej zdrapce w chipsach. Zajebiste życie zaczyna się w domu. Od spojrzenia w lustro.

Dodaj komentarz

avatar
5000
  Subscribe  
Powiadom o