W każdym tygodniu na mojej blogowej skrzynce pocztowej lądują wiadomości od tych, którzy szukają inspiracji i odpowiedzi na pytanie „jak żyć?”. W prawie każdej z nich widzę nieco zagubionego, współczesnego człowieka, zatrzymanego do kontroli drogowej. Na pytanie dlaczego nie działają kierunkowskazy, odpowiada najczęściej, że działają tylko nie świecą. Niby coś w twoim życiu działa, ale nie świeci, niby podążasz jakąś drogą, ale nie wiesz, czy to ta właściwa.

Zapytany ostatnio o książki, które sprawiły, że jestem dziś tym, kim jestem, odpowiedziałem, że nie ma ani jednej. To, co najbardziej wpłynęło na moją mentalność, na sposób, w jaki dziś podchodzę do życia i jak osiągam sukcesy, wydarzyło się grubo ponad 10 lat temu. Za chwilę przestanie to być dla ciebie tajemnicą. I liczę, że jeśli tylko dotrwasz do końca tego wpisu, na długo zrozumiesz, gdzie jest pstryczek do działającego i świecącego kierunkowskazu.

Skończyłem się, zanim się zacząłem

Rok szkolny 2001/2002 był dla mnie pasmem licealnych porażek. Polski? Ndst. Niemiecki? Ndst. Historia? Ndst. Matematyka? Ndst. Przedostatnią klasę skończyłem z 4 dzidami na świadectwie. Winowajcy? Nauczyciele, szkoła, świat, rodzice. Wszyscy, tylko nie ja. Tak to sobie tłumaczyłem, choć prawda była jednak inna. Szkolne Waterloo urządziłem sobie na własne życzenie.

Jeśli oddychasz i wszystkie kończyny masz na właściwym miejscu, z przegranego pola walki uciekasz. Daleko. Jak najdalej, żeby o wszystkim zapomnieć. Poznana rok wcześniej na kursie językowym Amerykanka szczęśliwie wstrzeliła się w moje kłopoty. Miała duży dom tylko dla siebie, bo dorosłe dzieci dawno się wyprowadziły, a mąż lubił kobiety młodsze od niego o 30 lat. Ja miałem wszystko w 4 literach, byłem skończony i czułem, że początek czegoś nowego jest za oceanem. Pasowaliśmy do siebie idealnie.

„Kamil, przyjedź do mnie na wakacje. Kup tylko bilet lotniczy, reszta po mojej stronie”. Tak brzmiał krótki e-mail, który był dla mnie tym, czym dla więźnia ułaskawienie. Dalej było już jak w klasycznym american dream. Wiza na 10 lat, bilet kupiony za ostatnie oszczędności biednej matki i wizja pierwszej, samodzielnej podróży za granicę.

Miałem 100 dolarów w kieszeni, kanapki i słownik polsko-angielski w plecaku, który nerwowo wyciągałem przy każdej przesiadce na lotnisku, żeby nie przegapić ważnych komunikatów i napisów. No i Karen, która czekała na mnie w Nowym Jorku, by zawieźć mnie później do swojego domu w Wildwood. I to na 3 miesiące.

kursy-jezykowe-za-granicą

Fajny kraj? Do it yourself!

– A co w Polsce? Opowiedz, jak wam idzie – zagadywała mnie Karen podczas jazdy szeroką autostradą z lotniska do Wildwood.
– Wiesz Karen, Polska to biedny kraj… – rzuciłem ze smutkiem, wpatrując się w ogromne i drogie fury, które mijały nas lewym pasem.
– Jeśli chcesz mieć fajny kraj, zrób to sam…

Nie wypadało mi głośno się zaśmiać, więc z grobową miną wróciłem myślami do kraju nad Wisłą, gdzie wszystko jest źle, a ja nie mam na to wpływu.

Mieszkałem u Karen przez 3 miesiące na jej koszt. Dostałem rower, psa do opieki i pracę w parku rozrywki. Na czarno rzecz jasna. Mając 17 lat czułem, że złapałem Pana Boga za nogi. Wróciłem z opaloną na heban skórą, 10 tys. zł w kieszeni, słownikiem w głowie, +1000 do pewności siebie, przeoraną mentalnością i wciąż frapującą mnie zagadką, co to znaczy mieć fajny kraj w modelu DIY.

SONY DSC
Pies nie był wymagający. Biegał tylko kilka metrów po piłkę, a spacer od płotu do płotu.

 Co ty sobie myślisz?

3-miesięczny pobyt za oceanem był dla mnie najlepszą lekcją życia, która nie przyszła tak od razu. Pływałem w głębokiej wodzie, doznałem szoku kulturowego, wpędziłem się w trudne sytuacje, ale to, co najbardziej przestroiło moje podejście do życia dotarło do mnie dopiero po kilku latach. To wtedy zrozumiałem jedną z najważniejszych rzeczy.

Źródłem twojego szczęścia lub nieszczęścia, porażek lub sukcesów, jesteś głównie Ty sam. 

A co robi większość osób? Podejmuje autonomiczne decyzje, a kiedy odnoszą porażki, zaczynają szukać źródła niepowodzeń w czynnikach zewnętrznych. Wszędzie, tylko nie w samym sobie. To brzmi banalnie, to brzmi jak wyświechtany truizm, ale twój kraj jest dla Ciebie biedny tak bardzo, jak bardzo ty sam upatrujesz powodów tej biedy, marazmu i porażek wszędzie, tylko nie w swoim postępowaniu.

Prawie wszystko (albo przynajmniej więcej, niż Ci się wydaje) zależy od sposobu myślenia. Ból, smutek i nieszczęście w 90 proc. produkujemy my sami. To są efekty naszych wyobrażeń, naszych decyzji, a nie produkty obcych maszynek do mielenia.

Włączenie świecących kierunkowskazów polega na oddzieleniu faktów od własnych wyobrażeń. Oddziel fakt, że Polska jest biednym krajem od twojego wyobrażenia o nim. To czy będziesz szczęśliwy, czy będziesz bliżej sukcesu, zależy do tej drugiej części. Zamieniaj przeciwności na wyzwania.

Nie byłbym tym, kim dziś jestem, gdyby nie cały pakiet doświadczeń za oceanem. To one bardzo mocno uświadomiły mi, że robienie fajnego kraju (czy mikroświata wokół siebie) w modelu DIY to skupienie się na rzeczach, które zależą od ciebie (decyzje, wyobrażenia) oraz na bardziej twórczym i sprawczym podejściu do życia (co ja mogę zrobić?).

SONY DSC
Byłem w USA zanim to stało się modne wśród blogerów 😉

W głębokiej wodzie kąpany

Wyjeżdżając za granicę z zamiarem szlifowania umiejętności językowych zawsze wracasz z bagażem doświadczeń, o które ciężko w rodzimych warunkach. Pakiet bonusowych korzyści na głębokiej wodzie hartuje, zmienia podejście do życia, konfrontuje ze światopoglądem na drugim końcu świata lub kontynentu.

I bez żadnych wątpliwości jest jedną z tych inwestycji życiowych, które zwracają się w postaci innej, lepszej osobowości. Byłem 17-letnim chłopakiem, utuczonym negatywnym podejściem do życia, a po 13 latach wiem, że wszystko co osiągnąłem, to głównie przez zmianę sposobu myślenia o mikroświecie. Nigdy nie jest za późno, ale im wcześniej ta zmiana i wyjazd nastąpi, tym szybciej zacznie procentować. Nikt mnie nie przekona, że cokolwiek w Polsce przez rok, dwa, pięć czy dziesięć da mi to, co wywieziesz z pobytu za granicą. Nawet kilkutygodniowego.

Kursy językowe za granicą mają to do siebie, że skutecznie przyciskają do ściany, rzucając jednocześnie na głęboką wodę. Każdy wyjazd ma swoją cenę, ale to, co z niego przywozisz, jest bezcenne.

Wczoraj odwiedziłem biuro agencji turystycznej ATAS, która od 20 lat odmienia ludzi, wysyłając nie tylko młodzież na kursy językowe. I przez ponad 2 godziny nawet nie próbowałem udawać trudnego i wymagającego klienta. Po prostu nim byłem. Co, gdzie i za ile? Zerknij koniecznie do mojego poradnika, który przygotowałem po tej wizycie w oddzielnym wpisie.

Jak wybrać dobry kurs językowy za granicą? Podpowiadam! >>>

[box type=”info” width=”100%” ]Wpis powstał dzięki współpracy z biurem turystycznym ATAS, organizatorem kursów językowych za granicą. Marka nie ma żadnego wpływu na to, o czym dokładnie tu napisałem i jak napisałem. Zachowuję pełną niezależność i swobodę wyboru w sposobie przedstawienia tematu i zdjęć.[/box]

In this article

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Chcesz mieć fajny kraj? Zrób to sam!"

Powiadom o
avatar
5000
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Ania
Gość

Warto, warto i jeszcze raz warto podróżować. Spoglądamy na swoje życie, na wszystko, co nas dotąd otaczało z pewnej perspektywy i oczywiście zyskujemy wówczas porównanie.
Jeśli mogę jeszcze dodać Kamilu: Myślę, że oprócz tej wyprawy za ocean, na Twoją metamorfozę wpłynęli również ludzie oraz wiek. Od tamtej pory minęło trzynaście lat, więc już i doświadczenie życiowe posiadasz znacznie bogatsze. Ja swoją metamorfozę przeżyłam jakieś dwa lata temu, dzięki doświadczeniom i ludziom, których poznałam.
Już nie ma Ani, która żyła przeszłością i malkontenctwem. Jest Ania, która wzięła życie w swoje ręce 🙂

View Comment
Ania
Gość
Szczerze? Zmiana pracy. Wcześniej robiłam coś, co musiałam- byłam nianią. Nie sprawiało mi to jakiejś większej przyjemności. Dzieci są ok. ale spędzanie z nimi całych dni, bez kontaktu z realnym światem, było strasznie męczące. Miało po prostu dawać kasę, a na dodatek- nie wierzyłam w siebie kompletnie. I to był impuls. Pstryk i myśl- koniec z tym, mam dość. Kiedy jeśli nie teraz? Aktualnie robię coś zupełnie innego, pracuję w biurze projektowym, ale sprawia mi to frajdę. Ta zmiana rozpoczęła kolejne. Jak lawina- poznałam nowych ludzi, zaczęłam więcej zarabiać, kupiłam mieszkanie, zwiedzałam nowe miejsca… Teraz wiem, że wszystko zależy ode… Czytaj więcej »
Ania
Gość

P.S. Za te długie komentarze powinnam dostać zakaz wchodzenia na Social Talk! 🙂

View Comment
Sandra
Gość

Amerykanie mają nieco inną mentalność. Wynika to z ich historii. Z tego jak budowali swój kraj. Gdyby tak u nas żyć wg zasady: “Ask not what your country can do for you – ask what you can do for your country,” (JFK) z pewnością wyglądałoby inaczej. Ważne, żeby każdy na swoim poletku robił wszystko zgodnie z ideą ciągłego i nieustającego doskonalenia i świat będzie lepszy. Nie trzeba zaraz przedsięwzięć na wielką skalę. Wystarczy zadawać odpowiednie pytania: „Co mogę dzisiaj zrobić, żebym ja i ludzie mnie otaczający byli szczęśliwsi?”

View Comment
wpDiscuz