Gdybym nie był tym, kim jestem teraz, byłbym perkusistą. Oczywiście, równie świetnym, jak blogerem. Równie pociągającym, jak na zdjęciu w bocznej szpalcie na blogu. Ale z tą różnicą, że grałbym w garażu na peryferiach wielkiego miasta i niewiele osób by o tym wiedziało. Bo muzykę traktuję jak nagą kobietę wieczorową porą. Musi być tylko dla mnie.

Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale to jedna z nielicznych rzeczy, która nie pasuje do mojej ekshibicjonistycznej natury. Natury otwartego, nieskrępowanego i spontanicznego dzielenia się tym, co we mnie i wokół mnie.

Nienawidzę masowych spędów na koncertach, polowych festiwali i innej maści zbiorowych, muzycznych orgii. W ogóle nie znoszę tłumów.

Słuchanie muzyki musi być dla mnie jak kąpiel w wannie, albo co najwyżej w jacuzzi. Kameralnie, intymnie, z drugą, trzecią, góra czwartą osobą. Wino albo inne procenty to czadowy akompaniament z jednego powodu. Potrafię wtedy nadać temu samemu kawałkowi zupełnie nowej, nieodkrytej wcześniej interpretacji. Odcisnąć na nim osobiste piętno, przypiąć jakąś historię z życia, albo na nowo ułożyć puzzle przyszłości.

W skrajnych przypadkach buduję z muzyką osobistą relację. Czuję wtedy, że to są takie moje emocje. Moje, najmojsze! Jak prywatny, niepowtarzalny koncert, którym dyrygujesz.

Mało tego. Często w jednym utworze wyrzeźbiona jest bardzo konkretna, osobista sytuacja, osoba i emocje. I nic już więcej nie będzie się z tą piosenką kojarzyło. Nic i nigdy. Jedna historia w twoim życiu, jedna osoba, a z nią jeden utwór w twojej dyskografii. Jak para, jak dwie cegły scalone obok siebie.

Wtedy jedziesz z tym kawałkiem na kilkugodzinnym zapętleniu, bo karmisz głód tych emocji, spotkań czy osoby. I tego właśnie szukam w muzyce. Intymności i prywatnego koncertowania, podczas którego przywołujesz wyjątkowe wspomnienia. Takich momentów, w których nie musisz się przed nikim wstydzić, że twoje bębenki w uszach osiągają orgazm.

Zupełnie dla eksperymentu wrzuciłem jakiś czas temu na Facebooku kilka klipów, które na zawsze będą mi się kojarzyły tylko z jednym. Tylko z jedną sytuacją, tylko z jedną osobą. Ale to i tak za dużo, jak na moją muzyczną intymność. Jasne, to miłe czytać komentarze ludzi, z którymi mógłbyś jechać na tym samym muzycznym wozie. Ale może zostawmy resztę, kiedy spotkamy się twarzą w twarz?

Post użytkownika Kamil Newczyński.
In this article

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
5000
wpDiscuz