Przy okazji ostatniej dyskusji w sieci na temat metod walki z hejterstwem, dopadło mnie jedno pytanie. Czy oprócz zeszłorocznego wpisu pt.: Wszyscy jesteśmy hejterami, mogę dziś wrzucić do tematu od siebie coś więcej? Coś nowego, pozytywnego, inspirującego?

I wtem: ding, dong! Przecież to ja mogę być świetną historią. Ale poczekaj, nie odchodź. Nie będzie karmienia mojego ego. Nawet możemy na potrzeby tego wpisu przyjąć, że to historia kogoś innego. Bo na pewno należy ona do tych, które da się powtórzyć.

Pamiętam bardzo dobrze rok 2004. To wtedy udało mi się uzyskać stały dostęp do internetu po kablu w domu. Bez modemu, bez konieczności chodzenia do kawiarenki internetowej. Efekt? Zarwane noce, czerwone oczy. Pełne pochłonięcie, jakiego piekło nie widziało.

Kim wtedy byłem w sieci? Anonimowym, młodym, impulsywnym hardkorem. Komentowałem wszystko, co mnie interesowało. Nierzadko dość uszczypliwie, prowokując do dyskusji. Pyskówki? A zdarzały się, choć starałem się dyskutować rzeczowo. Mimo to ładunku emocjonalnego było zawsze dużo.

Czy byłem zatem hejterem, trollem? Wtedy nawet nie wiedziałem, że to może mieć słownikowe określenie. Teraz nie mam wątpliwości, że kogoś takiego właśnie bym tak nazwał.

Tak, jak ja chcę i już!

Od tamtej pory wiele się zmieniło. Zrozumiałem w pewnym momencie, że moje komentarze, nawet jeśli utuczone emocjonalną krytyką, są anonimowe. Ktoś przeczyta, wyjdzie i zapomni. Poza tym, zawsze w ten sposób budowałem treść dla jakiegoś serwisu lub forum, a sam nic z tego nie miałem.

Postanowiłem więc w 2010 roku założyć bloga. Zrobiłem to głównie z buntu, że w sieci nie ma ciekawych, głębszych tekstów w tematyce turystyki i podróży. A to, co jest, było do dupy i dawałem temu wyraz, używając bardzo wysublimowanego języka. Wkurwiała mnie dziennikarska indolencja i niewiedza w portalach mainstreamowych.

Zacząłem więc tworzyć coś sam. Z własnymi komentarzami. Tak, jak ja uważałem za słuszne. Z tematami, które nigdzie indziej się nie pojawiały. A przynajmniej nie w takiej formie, w jakiej to JA sobie wyobrażałem.

Nie miałem wtedy większego celu, planu, ani doświadczenia. Po prostu pisałem. U siebie. Na własnym poletku. Zadziornie, niebanalnie o tym, o czym inni nie chcieli, albo nie umieli. Pierwszy tekst był 4-stronnicową, benchmarkową, dogłębną recenzją porównywarek turystycznych.

Praca zaczyna mnie szukać…

Kiedy skończyłem, spadła na mnie dość przygnębiająca myśl. No dobra, masz swój zajebisty tekst. I co z tego? Kto to teraz będzie czytał, jak mam zdobyć czytelników, jak to przekuć na jakąś korzyść? Przecież nie stworzyłem pamiętniczka do szuflady.

Spamowałem linkami na różnych forach, z różnym skutkiem. Początki były ciężkie. Bardzo ciężkie, ale doszedłem do wniosku, że o tej recenzji powinni także, a może przede wszystkim, dowiedzieć się ludzie z tych porównywarek?

Wysłałem więc wiadomość z linkiem do mojej recenzji. Jedna odpowiedź była dla mnie zaskakująca. Ludzie, którzy stali wtedy za jednym z tych biznesów, docenili moją upierdliwość i czepialstwo w recenzji, proponując mi współpracę. Docenili to, że moje uwagi są słuszne, a recenzja jest dowodem, że mam łeb na karku.

Wkrótce po tym ukazał się mój pierwszy ekspercki artykuł o porównywarkach turystycznych w miesięczniku Rynek Turystyczny. Niestety, nie pamiętam już, w jakich okolicznościach ktoś zaproponował mi pisanie do branżowego czasopisma. Myślę jednak, że miało to wiele wspólnego z treściami na blogu. W sumie nieważne.

To, co ważne i to co chciałbym Wam przekazać, to pewna puenta i wnioski. Warto się buntować, warto robić swoje i po swojemu, a nie siedzieć na dupie i wszędzie hejtować. Jeśli coś ci się nie podoba – to ok. Ale przestań tylko o tym mówić! Zrób innym konkurencję. Zrób to tak, jak uznasz sam za stosowne. O własnych siłach, nawet żeby się przekonać, z czym na co dzień borykają się inni po drugiej stronie.

A jeśli gdzieś widzisz coś, co może być lepsze, po prostu o tym konkretnie napisz. Zaproponuj rozwiązanie, nowy model. Zjedź bezczelnie, jak burą sukę. Ale rzeczowo, z podejściem pro i daj znać o tym innym. Wierz mi, że jeśli zobaczą w tym sens, prędzej zaproszą do współpracy, niż dalej będą chcieli mieć ciebie za wroga.

Identycznie było z jednym z wpisów na tym blogu, po którym szef agencji chciał mnie na drugi dzień widzieć w Warszawie na rozmowie o konkretnej propozycji pracy. Odmówiłem. I nie chcę ciągnąć tego wątku tutaj.

Chcę tylko żebyś zrozumiał, że krytykę i hejterstwo można przekuć na coś wartościowego. Nawet w sukces, w budowanie wizerunku, w długofalowy proces, na końcu którego to praca będzie ciebie szukała, a nie Ty jej. Powodzenia, kimkolwiek jesteś, czytelniku tych nędznych wypocin.

In this article

Join the Conversation

2 comments

  1. Paweł Bielecki Odpowiedz

    Zastanawiałem się jak powleczesz się z tym tematem i wyszło bardzo dobrze. Hejt i Trolling (prawie każdy) można przekuć w coś dobrego, owocnego dla tej osoby, (chyba, że jest się totalnym gnomem), może to nawet – jak piszesz – pomóc w znalezieniu zleceń czy pracy – i jest to prawda, znam to z „autopsji”.

    View Comment
  2. Kamil | SocialTalk.pl Odpowiedz

    @Paweł, w dużym skrócie tak to wygląda, ale jest znacznie cięższe, niż samo bierne hejtowanie. Niektórzy wybierają łatwiejszą, bardziej komfortową drogę warczenie w sieci. Ona jest bezproduktywna. A może być bardziej wartościowa i o tym właśnie jest ten wpis.

    View Comment