Niektórzy rozgrzewają się jak żarówka. Trzask prask i już rozżarzeni do czerwoności. A później szybko stają się soplem lodu.

Tak to często wygląda u mężczyzn, prawda? A ja mam coś z kobiety. Nie lubię szybko dochodzić. Wolę rozgrzewać się jak ruszt, powolutku, jak dobra escudella.

Nie mam wątpliwości, że szybkie dochodzenie do sukcesu, albo nagły skok popularności jest cichym i powolnym zabójcą. Tacy ludzie tylko na pozór potrafią się tym cieszyć. Porażka jest czasem znacznie lepsza, niż gwałtowny skok w karierze. Nie ważne, kim się wtedy stajesz. Czy popularnym idolem, czy młodym wilkiem zarządzającym świetnie prosperującą firmą.

Na YouTubie mam dziś nieco ponad 430 subskrybentów. Znajomość i świadomość mechanizmów, dzięki którym w pół roku mogę mieć 100 czy 200 razy więcej, jest nieco przerażająca. To miecz obusieczny, od którego trzymam się zdala.

Ale kiedy mówię o tym w towarzystwie, to większość ludzi tego nie rozumie, albo szyderczo spogląda, mówiąc „no, to czemu tak właśnie nie jest?”

Szybki sukces nierzadko wywołuje zazdrość. Nagle czujesz, że znajomi próbują bezczelnie wykorzystać znajomość z wpływowym człowiekiem. Uruchamiasz mechanizmy obronne. To naturalne. Zaczynasz oddalać się od klimatów przeciętnego Kowalskiego. Albo przez jakiś czas udajesz, że nadal rozumiesz te doły.

Wtedy ludzie widzą, że zaczynasz od nich odpływać, coraz mniej ich z tobą łączy. Coraz mniej rozumieją ciebie, a ty ich. Nie masz innego wyjścia, jak zdystansować się wobec otoczenia. Zrywasz kontakty z dotychczasowymi przyjaciółmi, którzy zostają w tamtym świecie. Jesteś sam. Pozbawiony wsparcia społecznego jesteś już tylko o krok od depresji, dołka, samobójstwa.

Wielokrotnie w różnych rozmowach pytałem znajomych. Co byś zrobił, gdybyś w wieku 25 lat dostał propozycję awansu o dwa szczebla, mógł zarządzać ogromnymi budżetami i zarabiać niebotyczne pieniądze? Większość bez wahania by na to poszła, bo to dla nich synonim sukcesu i tych pieprzonych marzeń, by stać się kiedyś bogatym.

Tyle że większość z nich nie rozumie, że nie podoła temu emocjonalnie. To jest toksyczny sukces. Podziwiam ludzi, którzy mogą żyć z poczuciem nieuczciwego zapracowania na swoją pozycję.

Moje wynurzenia nie pochodzą z gazetek typu „Zwierciadło”. Mówię z autopsji. Zazdroszczę sam sobie tej ogromnej prze­nik­li­wości w oce­nie życia. Nie bez przyczyny dla tego stanu była półroczna praca dla ludzi z listy najbogatszych w Polsce. Zresztą nigdy nie ukrywałem, że miałem bezpośredni styk z Grażyną Kulczyk. Wiele mnie to doświadczenie nauczyło i jestem wdzięczny, że mogłem tego doznać.

Ale jakiś czas temu i z innych powodów poczułem, że coś gdzieś może za szybko wyrosnąć. Zacząłem odczuwać ciągły niepokój i stres. Presja by robić i osiągać więcej. I do tego ta cholerna suka FOMO – czy czegoś nie przegapię?

Może niby masz więcej kasy, szybko się rozwijasz. Rówieśników zostawiasz w tyle, ale jednocześnie najbliższe ci osoby padają ofiarą twojego sukcesu. Jesteś przytłoczony życiem, ignorowany, nieobecny duchem. Brakuje czasu na wspólne cieszenie się prostymi rzeczami, na odczuwanie najmniejszej przyjemności.

Destrukcja jest tuż za drzwiami. Nie otwierajcie ich, bo wszystko co doskonałe, dojrzewa powoli. Tak jak ten blog.

In this article

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
5000
wpDiscuz