Fajnie jest być anonimowym na Facebooku, prawda? To takie bezpieczne. Siedzisz sobie wygodnie przed ekranem niczym niepokonany bohater. Za wszystko co napiszesz, nigdy nie poniesiesz konsekwencji. Możesz mówić, co ci ślina na język przyniesie. Bo w swojej pracy i otoczeniu jesteś tylko wytresowanym, szeregowym psem, który wciąż musi udawać brak sprzeciwu.

Jakiś czas temu przypałętał się na mój prywatny profil Pan Rysownik. Nie znam, nie widziałem, nie kojarzę. Ja rozumiem, że artyści lubią działać pod pseudonimem. Spoko. Nigdy jednak takim ludziom nie ufam. Ludziom, którzy przychodzą na mój prywatny profil, wiedzą kim jestem, ale z kolei ja nie mogę ustalić ich tożsamości.

Bo wyobraźcie sobie, że jest jakieś spotkanie lub impreza. Przychodzą tam ludzie, których znasz lub którzy się przedstawiają. Ale wbija też człowiek, który ma na sobie maskę i wypala do wszystkich: cześć, jestem Pan Samochodzik, pracuję w warsztacie.

Śmiech, konsternacja, a może natychmiastowa gotowość do odwrócenia się na pięcie?

Nie ufam awatarom. Jeśli wstydzą się swojego nazwiska, niech rozmawiają wyłącznie w gronie osób anonimowych. W moim osobistym rankingu to zwyczajni tchórze. Ludzie, którzy mają coś do ukrycia.

I już nawet nie wiem, czy się śmiać, czy płakać, że nawet na poważnych serwisach związanych z karierą (LinkedIn lub GoldenLine) ich tożsamość jest daleka od tej w dowodzie osobistym.

Takie sytuacje pokazują jeszcze jeden problem. Poważniejszy. Dziś nie ma znaczenia kim jesteś realnie, ale jak cię widzą kumple z Facebooka. Wchodzimy w bardzo niebezpieczny zakręt, gdzie o pozycji człowieka przestaje decydować transparentność, a co za tym idzie, zaufanie.

Anonimowość przestała się kojarzyć z tchórzostwem, a zyskała status bohaterstwa. To pomylenie pojęć. Rak, który zżera prawdziwą rozmowę.

Zaraz ktoś powie, że nie każdy jest taki odważny, że nie każdy potrafi być kontrolowanym ekshibicjonistą. Niech jednak tacy zostaną tam, gdzie wszyscy są anonimowi. Jeśli ktoś nie ma ambicji występować pod imieniem i nazwiskiem w sieci, nie powinien też mieć prawa do dyskusji z osobami, które mają odwagę podpisać się pod wypowiedzią z imienia i nazwiska.

photo credit: ▓▒░ TORLEY ░▒▓ via photopin cc

In this article

Dodaj komentarz

7 komentarzy do "Nie ufam awatarom"

Powiadom o
5000
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Gość

Zgadzam się całkowicie. Ludzi z anonimowych/fikcyjnych profili raczej ignoruję, a z pewnością nie traktuję poważnie.

View Comment
Gość

Hmm. Nie do końca się z Tobą zgodzę. Występuję pod awatarem i nie publikuję swoich danych, bo kiedyś się nieprzyjemnie nacięłam, kiedy trafiłam na osobę, która te informacje wykorzystała w idiotyczny sposób. To mnie skutecznie zniechęciło do takiego ujawniania się. Ale czy to oznacza, że nie robię czegoś wiarygodnie? Kiedy kogoś poznaję lepiej, bliżej, prywatnie, poza publicznym dostępem mogę powiedzieć coś więcej o sobie.

View Comment
Gość

W przypadku pisania blogów zgadzam się z Mamiczką, to zalezy jakie treści się publikuje. Ja przedstawiam się z imienia i nazwiska osobom, które znam. Nie widzę jednak powodu aby ujawniać swoją tożsamość szerszemu gronu osób. Może to też wynika z tematyki mojego bloga i z bardzo osobistych przezyć tam opisywanych ? Cenię sobię tą prywatność, choc wielu moich czytelników wie, że ja to ja. To mi wystarczy.

View Comment
Gość
Problem chyba polega na tym, że w realu mamy szansę wybrać, z kim rozmawiamy, do kogo kierujemy swoją wypowiedź. W sieci natomiast w bardziej lub mniej przyzwoitych celach może z tego skorzystać KAŻDY, nawet ten, do którego w realu byśmy nawet „Cześć” nie chcieli powiedzieć. Anonimowość otwiera drzwi do hejsterstwa, trollstwa i generalnie bydła, ale jest też formą ochrony przed np. wybiórczym i tendencyjnym potraktowaniem przez zupełnie obce nam osoby naszych wypowiedzi, którymi jednakowoż chcielibyśmy się podzielić. Łatwo jest z cudzych pisanych słów strzelać, dowolnie zestawiać, robić całe kompozycje przekręcające intencje i sens. Czasem anonimowość to może nie tchórzostwo tylko… Czytaj więcej »
wpDiscuz