Spragniony niekłamanych uroków estońskiej stolicy, wychodzę z hotelu wczesnym rankiem. Wąskie i wijące się wokół średniowiecznej starówki ulice szybko przenoszą mnie w odległe czasy. Ale zanim już zupełnie wkroczę w średniowiecze napotykam ciekawe, industrialne klimaty, gdzie nowoczesność przenika się ze starymi szatami.

Zachwycając się się urokami starodawnych murów miasta i czerwonych dachów kamienic, do nozdrzy wkrada się zapach świeżego pieczywa. Ku zaskoczeniu obcokrajowców, Estończycy spożywają ogromne ilości jego ciemnej odmiany, a domowy wypiek staje się tu dziś dla nich nową modą.

Podążając dalej, napotykam wznoszący się na małym pagórku okazały sobór Aleksandra Newskiego, symbol dawnej rusyfikacji. Ale Estończycy dobrze pamiętają te nieciekawe czasy, zwłaszcza starsze roczniki. Dlatego jeśli ktoś dobrze włada rosyjskim, bez obaw będzie mógł w tym języku zamówić obiad czy kupić pamiątki.

Cerkwia Aleksandra Newskiego - Tallinn

Tonące w przyjemnym blasku słońca kopuły cerkwi kłócą się z sąsiadującą nieopodal surowością i prostotą katedry luterańskiej. Co ciekawe, oba te kościoły gromadzą razem w Estonii nieco ponad 20 proc. wyznawców. Reszta nie wierzy tu nawet w horoskopy, a najwięcej zwolenników zdobywa wiara… w siebie samego.

Tallinn - panorama miasta

Na rynku moją uwagę przykuwa apteka. Ból głowy? Nie. Zachorowałem na zwykłą ciekawość, bo zawitał tu niegdyś radny miejski, który podupadając na zdrowiu, szukał składników na znachorskie medykamenty. Duch apteki sprzed kilkuset lat daje o sobie znać. Nie omieszkałem poddać się mu bez granic:

– Poproszę żabie udka, skórę z dżdżownicy i krew czarnego kota – kieruję moją listę życzeń do jednej z ekspedientek. Ta z uśmiechem odpowiada: – Może gdyby pan żył kilkaset lat temu, sprzedałabym to panu z wielką przyjemnością. Dziś oferujemy klientom bardziej konwencjonalne specyfiki, np. marcepan przygotowany według starodawnych przepisów, który na szeroką skalę produkuje się w Tallinnie i Lubece – odpowiada sprzedawczyni, wskazując na jedną ze starych, aptekarskich gablot.

Stara Apteka
Stara Apteka

Przyznaję otwarcie: wcale nie szukałem leków na ciekawość. Ta jest zdrowa i pożądana, szczególnie tu, gdzie wzbudza ją każdy zakątek tallińskiej starówki. Swoją przygodę ze średniowieczem kontynuuję nieopodal apteki.

Z nad straganu, przypominającego prastary obiekt muzealny, wyłania się i zaczepia mnie piękna, młoda dama w oryginalnym stroju z czasów hanzeatyckich:
– Proszę, niech pan spróbuje – wyciąga w moją stronę starą, drewnianą łyżkę pełną frykasów.
– A cóż to? – pytam z lekką obawą.
– To nasze prażone w miodzie i przyprawach migdały i orzechy, na bazie starodawnych receptur – odpowiada.
– Mmm… wyborne.

Olde Hansa – stragan z orzechami

Ale jak się za chwilę okaże, stragan z migdałami to tylko część gastronomicznego zaplecza Olde Hansa. Za rogiem, w restauracji o tej samej nazwie, oferują prawdziwe hanzeatyckie menu.

Olde Hansa - urokliwe, wąski uliczki wokół tallińskiej starówki
Olde Hansa – urokliwe, wąski uliczki wokół tallińskiej starówki

Wchodzę. Oprócz kelnera w średniowiecznym stroju, moim oczom ukazuje się wnętrze oświetlone jedynie świecami. Średniowiecze pełną gębą!

Kuchnia jest „ciężka”, ale miło się siedzi o pełnym żołądku w takich klimatach, bo i nuty muzyki jakby nie z tych czasów. Ryba z dżemem i mlekiem? Świetny dowód na to, że Tallinn to nowoczesność w średniowiecznych szatach. Gdyby jednak ktoś chciał posmakować prawdziwego jadła z „ciemnych wieków”, to polecam ozorki w galarecie albo pszenicę z orzechami laskowymi. Koniecznie zapijcie to wyśmienitym piwem z dodatkiem miodu, które podają tutaj w glinianych dzbankach!

Restauracja Olde Hansa

Restauracja Olde Hansa. Średniowiecze pełną gęba. Gliniane naczynia, wszędzie tylko świece i twarde, drewniane siedziska. Tu nie ma nic z naszej epoki.

W średniowieczu o dziewiątej wieczorem wartownicy grali na trąbce, ogłaszając w ten sposób zamknięcie bram miast i wszystkich knajp. Dziś o tej porze, a w piątek zwłaszcza, promy z sąsiedniej stolicy przywożą rzesze Finów, żądnych weekendowej zabawy w estońskich pubach i klubach. Nie dziwne więc, że Tallinn nazywany jest niekiedy przedmieściem Helsinek. Bo tutaj taniej, bo dobrze można się zabawić, bo klimat i atmosfera jest niezwykła. Ale ja na słowo nie wierzę. Zapada zmrok, więc i ja podążam za tłumami Finów, szukając knajpki na wieczorną noc. Jutro pewnie wstanę nieco później, ale co będę robił, tego dowiecie się w kolejnej części.

Tallinn nocą

A może jeszcze więcej zdjęć? ;>
[Może chwilę potrwać, zanim załadują się wszystkie 21 zdjęć. Najlepiej oglądać na pełnym ekranie. Po starcie, nawigacja u dołu galerii, strzałki do przerzucania zdjęć po bokach]

[oqeygallery id=4]

In this article

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
5000
wpDiscuz