Pierwsza myśl, kiedy na głos pada słowo „Estonia”? Yyyy… No, właśnie. Jakoś ciężko o konkretne skojarzenia. Mi także, oprócz Skype’a, długo nic nie przychodziło do głowy. No bo co tam w tej Estonii może być ciekawego?

Przed wyjazdem spytałem znajomych, co wiedzą o Estonii. Zrobiłem to trochę z premedytacją, by utwierdzić się w przekonaniu, że to najmniej znany w Polsce kraj bałtycki. I jak się za chwilę okaże, zupełnie niesłusznie. Bo Litwa i Łotwa ustępują jej prawie na każdym kroku. W długiej na ponad 200 i szerokiej na 300 km Estonii ma się wrażenie, że wszędzie jest blisko. Ale zacznijmy od początku.

Przedsionek Skandynawii

Trasę z Warszawy do Tallinna pokonuję na pokładzie LOT-u. Trudno się nudzić, trudno narzekać, kiedy nawet nie minęły dwie godziny, a samolot już obniża swój pułap nad estońską stolicą. Ale to nie jest wcale błahe lądowanie!

Im bliżej ziemi, tym bardziej zaczynam się zastanawiać, czy piloci nie wylądują przypadkiem w wodach pobliskiego jeziora Ulemiste. Port lotniczy 500 m od jeziora? Bezmyślność! Przecież gdyby nie wyhamował, to przynajmniej zatrzyma się gdzieś w polu, a nie wpadnie do jeziora.

Okazuje się jednak, że to wcale nie takie głupie. Bo w zimie zamarznięte wody jeziora nie raz dawały ostatnią nadzieję na bezpieczne „lodowanie”. Na szczęście tym razem piloci lądują na betonowych pasach startowych. Po kilku minutach wysiadam na Lenart Mari Airport.

Już u progu lotniska nietrudno zauważyć w designie szwedzki minimalizm.