Bardzo czekałem na Ice Age 4 i liczyłem, że będzie przynajmniej tak dobra, jak pozostałe trzy. Bo to chyba jedyna seria kreskówek, która z każdą kolejną cyferką przy tytule nadal trzymała wyjątkowy, wysoki poziom z pierwszej części. Nie to co Shrek, którego ostatnia część była dla mnie jak narkoza. A przy moich wymaganiach, kino to niezbyt wygodne miejsce na sen.

Pamiętam bardzo dobrze, kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się o Ice Age. Film polecił mi znajomy ksiądz. Ksiądz poleca kreskówkę? Tak! I nawet wbrew sprzeciwowi najwyższych hierarchów polecał mi także  Harrego Pottera. Ale nie o tym, nie o tym.

Kiedy obejrzałem pierwszą część, zrozumiałem, dlaczego katolicki duchowny zachęcał mnie do obejrzenia tej kreskówki. Ona nie była tylko dla dzieci. Nie było w niej nic infantylnego. Nic, co nakazywałoby dorosłym jedynie bierne towarzyszenie swoim pociechom. To była jedna z pierwszych, jak nie pierwsza moja kreskówka, także dla dorosłych.

I nie tylko ze względu na dojrzałe gagi z wyższej półki. Ona miała w sobie głębsze, rodzinne przesłanie. Coś, czego nie miały inne filmy z tego gatunku. Nie wspominając o świetnym dubbingu (szczególnie w wykonaniu Pazury!), pokazywała godną naśladowania przemianę postaci. Uczyła, dawała dorby przykład i rozśmieszała nawet w trudnych sytuacjach.

W czwartej części twórcom udało się to rodzinne przesłanie zachować i rozwinąć. Chwała im za to!

I chyba tylko za to. Po wyjściu z sali czułem pewien niedosyt, może nawet rozczarowanie. Może ja się zmieniam, może nie śmieszy mnie już to, co śmieszy całą salę i co śmieszyło mnie 4-5 lat temu.

Liczyłem na gagi Sida i pozostałych, znanych postaci. Było ich niewiele, a na pewno mniej, niż w pozostałych częściach. I to dało się odczuć także po reakcji sali. Pewne sytuacje były śmieszne tylko dla najmłodszej części widowni, która była w mniejszości. Z drugiej strony skłamałbym, gdybym powiedział, że twórcy zrobili „czwórkę” na siłę, bazując na sukcesach poprzednich części. Było przyjemnie, nie nudziłem się, ale nie było też fajerwerków.

Być może problem leży w zbyt dużej ilości nowych bohaterów, których obecność przysłoniła znane postacie. Tym samym ilość i jakość dialogów między nimi znacząco się obniżyła. Pazura z pewnością mniej się napracował, niż w poprzednich częściach. W pewnych momentach aż chciałem krzyknąć: dajcie mi tu Sida i jego śmieszną gamoniowatość. W zamian akcję napędzał szereg innych postaci, których obecność nie była epizodyczna. Wręcz przeciwnie. Chwilami zastanawiałem się, czy Sid, Maniek i Diego to nadal główni bohaterowie, czy przystawka i tło dla innych, którzy towarzyszyli im przez zdecydowaną część filmu.

A wiewiór? Jak to wiewiór. Tu nic się nie zmieniło. I sam nie wiem, czy dobrze. Bo jego nieudolny pościg za sysunią zaczął być w moich oczach jakiś taki przewidywalny. Uśmiech na twarzy był, ale znów – nie tak szeroki, jak w poprzednich częściach.

Zazwyczaj nie chodzę na filmy w premierowych pokazach. Wpierw czytam recenzję, opinie i oceny, zanim coś wybiorę. Z Epoką lodowcową zawsze było inaczej. To był ten twór, na który chodziłem ślepo. I nie bez przyczyny piszę to w czasie przeszłym. Bo jeśli powstanie 5 część, mocno się zastanowię, czy ceną biletu nie wesprzeć twórców innej produkcji.

photo credit: Michael in San Diego, California via photo pin cc

In this article

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
5000
wpDiscuz