Wykorzystanie cudzych materiałów w internecie
photo credit: elhombredenegro via photo pin cc

Wpis z serii: niewyjaśnione zachowanie społeczności internetowych.

W społeczeństwie pokutuje błędne przeświadczenie, że jak coś jest udostępnione publicznie w sieci, to jest niczyje. Można zatem z tym robić, co tylko dusza zapragnie. Efekt? Niebywałe przyzwolenie na wszelaką kradzież wytworów pracy intelektualnej i artystycznej w internecie.

Równi i równiejsi

Kiedy zapytam, czy chcemy, by prawo było równe wobec wszystkich, chóralnie odpowiemy: „tak”. Kiedy zapytam, czy oczekujemy, by twórcy (także blogerzy) byli szanowani i wynagradzani za swoją działalność, bez wątpienia odpowiemy: „tak”. Kiedy jednak sytuacja dotyka nas samych, uruchamiamy pokrętną logikę i interpretację litery prawa, naginając ją na swoją korzyść. Ja się pytam: skąd taka postawa?

Duży serwis mainstreamowy podpierniczył tekst blogerowi. Już widzę oczami wyobraźni blogosferę, huczącą i oburzającą się na praktyki większego gracza. No, jak tak można małego okradać? A kiedy bloger podpiernicza zdjęcia od dużego gracza, to wszyscy milczą i klepią po plecach. Argumenty? No, przecież jaka to szkodliwość? Ile na tym stracił duży serwis? Zabawa w Robin Hooda na całego.

Oczekujemy, żeby mniejsi twórcy (blogerzy także) byli wynagradzani za swoją działalność. By ich praca była szanowana, a oni nie padali ofiarą wyzysku. W drugą stronę ta zasada już nie działa, a równość prawa, zdeklarowana we wcześniejszej odpowiedzi, zwyczajnie się rozpływa. Ciężko mi jest zrozumieć ludzi, którzy oczekują pewnej postawy od innych, sami jej nie prezentując. To się nazywa „sprawiedliwość” po mojemu.

„Dobra” kradzież

Jest spora grupa ludzi, którzy dokonują zabawnego podziału i na jego podstawie decydują, czy potępić kradzież, czy sprawę przemilczeć. Pierwszy podział odbywa się na przywłaszczenie, efektem którego jest nowe dzieło, będące fajnym lub niefajnym. Jak coś nam się bardzo podoba, służy szczytnemu celowi, to oczywiście kradzież jest „dobra”. W domyśle oznacza to, że właściwie nie miała miejsca. Ktoś wykorzystał materiał wideo chroniony prawem autorskim i zrobił z tego kompilację, wyciskającą na YouTubie milionom ludzi łzy. To jest jak najbardziej OK. Bo nie ważne, że ktoś wcześniej musiał poświęcić czas i pieniądze, żeby to w ogóle powstało, prawda?

Drugi podział pachnie mamoną i jest jeszcze bardziej zakorzeniony w ludzkich umysłach. Jak ktoś wykorzystuje czyjeś dzieło w celach niekomercyjnych, to oczywiście wszystko jest cacy. No, przecież nie zarabia na tym, to mu wolno, prawda? Ktoś przywłaszczył sobie bez pytania mój samochód, pojeździł nim po mieście i odstawił. Przecież wiele nie straciłem, bo cztery kółka nie zmieniły właściciela. Ot, raptem spalił mi benzynę za 50 zł. Przecież nie zarobił, a tylko sobie pojeździł bez pytania dla przyjemności. Nic się przecież nie stało, prawda?

Myślących w ten sposób odsyłam do ogromnych zasobów Vagli. Człowieka, który jak nikt inny w Polsce, przewałkował temat praw autorskich w sieci.

Parafrazując wielokrotnie interpretowane przez niego zapisy prawa, napiszę tylko, że nie ma absolutnie żadnego znaczenia, w jakim celu wykorzystujemy dane dzieło i/lub jaką formę przybiera nasz blog, kanał na YouTubie, czy strona www.

Każda publikacja utworu bez zgody autora, jest złamaniem prawa. W większości przypadków, to są trzy, proste jak kij od szczotki słowa: all rights reserved. I nawet C w kółeczku nie jest konieczne. A zatem:

  • nie, zdjęcie nie jest cytatem. Jeśli autor nie udostępnił dzieła np. na żadnej z licencji Creative Commons lub nie wyraził zgody, osadzanie go na własnej witrynie/blogu, uzasadniając prawem cytatu, jest niezgodne z prawem;
  • nie, absolutnie nie czynimy zadość, jeśli umieścimy/wykorzystamy całość lub część utworu tylko z podaniem źródła i/lub autora;
  • nie, nie ma żadnego znaczenia, jak zostało to utrwalone (Internet, drukowane czasopismo, czy mur nadszarpniętego zębem czasu budynku). Materiały TVP, czyli telewizji publicznej, nie są, jak mogłoby wskazywać to słowo, publiczne. Nie ma znaczenia, czy płacisz abonament, czy nie. Płacenie abonamentu telewizyjnego nie upoważnia do dowolnego wykorzystania materiałów TVP;
  • tak, są wyjątki. M.in. użytek osobisty. Drukujesz i odstawiasz na swoją półkę, żeby we własnych czterech ścianach przeczytać przed snem. Od biedy możesz pokazać gościom na imieninach u cioci.Drugi wyjątek odnosi się do m.in. prostych informacji prasowych (np. aktualności o wydarzeniach kulturalnych czy sportowych), aktów normatywnych, dokumentów urzędowych. Ustawa o prawie autorskim (a dokładnie tzw. prawo cytatu) pozwala nam na przytaczanie fragmentów lub drobnych utworów w całości w nowych utworach, stanowiących samoistną całość. Warunkiem jest celowość takich działań. Muszę one być uzasadnionym wyjaśnieniem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości.

Nie o samą kasę chodzi…

Przyjmijmy na chwilę, że argument o niekomercyjnym wykorzystaniu utworu jest słuszny. Ktoś w dobrej wierze, dla popularyzacji mojej zacnej persony i bloga, umieszcza mój materiał (np. z YouTube’a czy tekst z bloga) na stronie z ultraprawicowymi, katolickimi treściami.

Czy ja mam machnąć ręką i cieszyć się tylko dlatego, że staję się dzięki temu popularny, że rosną słupki w statystykach, że w sumie odnoszę jakąś korzyść? Przecież twórca zwyczajnie może nie chcieć, by jego utwór znalazł się w jakimś miejscu lub w kontekście. Może nie chcieć, by jego dzieło było w jakikolwiek sposób kojarzone z jakąkolwiek, nawet bardzo szczytną inicjatywą. Dlaczego ktoś miałby decydować, gdzie i w jakim celu może wykorzystać moją twórczość?

Zaraz ktoś powie: znalazł się święty sprawiedliwy, co to internetowe boje o równe traktowanie w sieci prowadzi. Mój tekst nic nie zmieni. Nie szukam sprzymierzeńców mojego podejścia do przywłaszczania w sieci. Nie jestem także święty, choć nie mam oporów, by walczyć o ochronę własnej twórczości, jednocześnie szanując pracę innych.

W tym wszystkim najbardziej zadziwia mnie i ciekawi sposób, w jaki usprawiedliwiamy pewne poczynania. Niby oczekujemy, że inni będą nas szanować i pytać o zgodę na wykorzystanie materiału. Ale wyniesione z minionej, PRL-owskiej epoki kombinatorstwo pozwala nam jedynie na stosowanie tych zasad tylko w jedną stronę. Przekonanie to jest zapewne wynikiem bardzo niskiej świadomości o prawie autorskim, jak również olbrzymiego przyzwolenia społecznego na takie działania. I jak zwykle, niewiedza jest najlepszym usprawiedliwieniem. Złotym środkiem, który ma nas zwolnić z odpowiedzialności od przestrzegania litery prawa.

In this article

Join the Conversation

2 comments

  1. Justyna Odpowiedz

    Jak do tematu podejść w kategorii Pinterestu? Zastanawiam się nad tym za każdym razem ściągając obrazki z tego serwisu i publikując dalej. Bo co z tego, że dopiszę „źródło: pinterest”?

    View Comment
    1. Kamil | SocialTalk.pl

      To jest bardzo śliski temat. Pinterest to akurat miejsce, gdzie w zasadzie każdemu powinno zależeć, by jego twórczość się tam znalazła – nawet bez pytania. Bo to czysta promocja, z której można czerpać same korzyści. Ale na przykładzie Kwejka czy Demotów można przypuszczać, że pojawiają się tam wizerunki osób, które gdyby się o tym dowiedziały, z pewnością nie byłyby zadowolone. Często mocy i prędkości rozprzestrzeniania się danego dzieła w social mediach nie da się zatrzymać nawet literą prawa. Ale jedno jest pewne: większość z tych zdjęć nie ma podpisanego autora, często jest on nieznany, bo ktoś coś gdzieś znalazł i szeruje. Ciężko później oznaczać je odpowiednim źródłem.

      View Comment