Co ja wiem o start-up’ach? Nie wiem nic! I to jest właśnie najlepszy powód, żeby się o nich wypowiedzieć.

Ten temat dojrzewał od roku. Równie mocno w moim przeświadczeniu, jak w szkicach na moim blogu. Dziś przyszedł czas, by ujrzał światło dzienne.

Tak jak Paweł Lipiec, mam dość start-up’ów. Telepie mną siarczyście, kiedy słyszę to słowo albo muszę wystukać je na klawiaturze. Ale mam ich dość z nieco innych powodów.

Bo ja jestem „Si-i-oł”

Jedną z najbardziej irytujących mnie rzeczy jest protekcjonalne tytułowanie stanowisk.

Człowieku, kimkolwiek jesteś, musisz wiedzieć, z kim masz do czynienia. Bo nieważne, że „Si-i-oł” o zarządzaniu w firmie wie tyle, co moja babcia o balecie. Nieważne, że w 3-osobowej firmie, powstałej w studenckim mieszkaniu, kumpel z uczelni zostaje „dyrektorem” marketingu. Nieistotne jest, co potrafisz. Ważne kim jesteś. Stanowisko to jest wszystko!

Jeśli dopiero nosisz się z zamiarem uruchomienia swojej firmy, w której nie będziesz płacił pracownikom, zadbaj o atrakcyjne formy motywacji. Udziały w firmie mogą nie wystarczyć. Ale długie, poważne i koniecznie angielsko brzmiące stanowiska? To już coś.

Spamerów, posługujących się fałszywymi profilami na Facebooku w trosce o jak najlepszy WOMM, nazwij Community Manager. Twój co-founder szuka praktykanta? Niech w stopce e-maila podpisuje się Head of Human Resources Department.

Szkoła lansu i bansu

Lans nie jest zły. Serio. Przecież ja też się lansuję, ale start-upowcom potrzebny jest naprawdę potężny kop. Zapomnij na troszkę o 12-godzinnej, mozolnej pracy nad swoim produktem lub usługą. Ogarnij wpierw kalendarz wszystkich wydarzeń i spotkań. Miesiąc ma zazwyczaj tylko 4 soboty i niedziele, ale ty musisz być na przynajmniej 10 start-up weekendach, 15 konferencjach i 30 techcampach i barcampach.

Koniecznie wpierw zasubskrybuj przynajmniej 300 blogów, 500 nazwisk na Twitterze i tysiąc fan page’y. Nie zapomnij także o dużej liczbie znaczników w statusach. To ważne, bo być może to jedyny powód, dla którego mniej lub bardziej znane twarze będą chciały zamienić z Tobą chociaż jedno zdanie.

A tak bardziej serio w tym akapicie. Lans, poklepywanie się po plecach, tak on-line jak i off-line, udziały lub zwycięstwa w prestiżowych, międzynarodowych konkursach są czasem nic nie warte. Szczególnie w obliczu konieczności spieniężenia swoich pomysłów.

Można wszystko pięknie, medialnie nadmuchać. Można zrobić szum w środowisku, ale historia pokazuje, że największe sukcesy odnoszą ci, o których wcale głośno się nie mówi.

Sprzedam ściemę drogo

Twój biznes jest na samym początku, ale zachowaj to dla siebie. Ze wszech miar musisz akcentować, ile serwisów już o nim napisało, jak bardzo projekt jest innowacyjny, a zespół młody, dynamiczny i kreatywny.

Najważniejsze jest wizjonerstwo. Do klienta jedź z ofertą, niczym wróżbita Maciej z talią kart Tarota. Nie chwal się aktualnymi statystykami. Mów o teraźniejszości tak, jakby to było wtedy, kiedy klient dopiero podpisze z Tobą umowę.

Nikt przecież nie chce taniego kiczu. Bądź więc drogi. Bądź jak ekskluzywny klub w mieście, który wyklucza. Nawet jeśli wiesz, że stworzyłeś kolejny, niczym nie wyróżniający się CRM albo sklep z koszulkami.

Dla wielu klientów jesteś jak planeta w innym wszechświecie – nikt o tobie nawet nie słyszał. Nie załamuj się. Stwórz wokół siebie aurę dobrze znanego ciała niebieskiego, z ugruntowaną pozycją w naszym układzie słonecznym.

Spróbuj sprzedać ściemę domom mediowym, choć one są wyjątkowe oporne. Prędzej się kontynenty połączą, niż ktoś stamtąd zrozumie, że istnieją alternatywne, mniej standardowe formy promocji, które możesz zaoferować swoim potencjalnym klientom.

Sołszyl midja

Social media? To proste. Choć jesteś młodym geekiem, czaisz te klimaty, nie możesz odbiegać od reszty social mediowego betonu. Zapomnij o mozolnym budowaniu społeczności i zaangażowaniu. Masz przecież ambicje pozyskiwania grubych ryb, więc musisz uprawiać kulturę Excela. Bo kto będzie chciał współpracować z firmą, która nie ma przynajmniej 10 tys. fanów na Facebooku?

Kup więc martwe dusze na Allegro, skrypty do tworzenia fałszywek na NK i organizuj pozorowane konkursy. Koniecznie przy pomocy lajków i komentarzy na twoim fan page’u. Zamiast transparentnej współpracy z liderami opinii, blogerami czy opiniotwórczymi serwisami, zatrudnij praktykantów do tworzenia manipulatorskich komentarzy w sieci. Tysiące „zadowolonych” klientów, to przecież podstawa twojego sukcesu.

Kultura instant

Kultura instant to wszystko, co kojarzy się z natychmiastową przyjemnością. Tu i teraz: fast car, fast food, fast seks. Wielu start-upowców chciałoby wstrzyknąć tę kulturę w struktury swojej firmy. Roboczo nazywam to efektem automatu do kawy.

Ale zanim mnie ktoś zlinczuje, powiem, że to cecha właściwie wszystkich małych i średnich biznesów. Oczekują one bardzo szybkiego zwrotu z inwestycji. Niczym złotówka wrzucona do automatu z kawą – po chwili wyskakuje mała czarna, która zaspokoi nasze natychmiastowe potrzeby.

Aby lepiej zobrazować ten syndrom, posłużę się przykładem.

Michał Samojlik, związany z branżą internetową od 10 lat, zaangażowany w liczne, znane start-up’y internetowe, pisze o braku efektów po ogromnym zainteresowaniu mediów (jednym!) raportem Autentiki.

Cały tekst to, w zamyśle autora, pouczająca lekcja dla innych start-upowców, żeby takich raportów w przyszłości nie robić. A przynajmniej nie do mainstreamu, tylko do zawężonego ściśle targetu. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, że jak sprzedajesz koszulki z amerykańskimi raperami, to nie powinieneś wysyłać sampli do emerytowanych posiadaczek moherowych beretów.

Dlaczego? Bo jak twierdzi autor wpisu, „cała akcja jest niewiele warta. Kolejne tygodnie i miesiące nie przyniosły żadnego efektu dla biznesu (prócz pustej satysfakcji i niewydanych pieniędzy). Żaden z nowych potencjalnych klientów nie przyszedł do nas z tego źródła.”

Najłagodniej ujmując, jestem zdziwiony. Pijar jest „be”, bo po jednej akcji nie przyszedł żaden klient. A przecież w sieci huczało od ich raportu.

Z całym szacunkiem, ale felieton Michała jest właściwie dowodem na to, z czym na co dzień walczą pijarowcy. I od jakiegoś czasu także środowisko social mediowe. Działania pijarowe, miękkie, czy to w szerokim mainstreamie, czy w stargetowanej grupie, są działaniami długofalowymi. Oczekiwanie strumienia klientów, czy bezpośredniego przełożenia na sprzedaż, zysk czy inne słupki w Excelu po jednym raporcie, to dla mnie dowód na niezrozumienie idei budowania wizerunku.

To może stanowić wyłącznie wsparcie dla sprzedaży. Nie wspominając o tym, że akcje z raportami, wysyłką do prasy powinno prowadzić się cyklicznie, kilkutorowo, w różnych środowiskach, dostosowując przekaz do odbiorców.

Nie mam 10-letniego doświadczenia w projektach internetowych, nigdy nie stałem za takimi start-up’ami jak GoldenLine czy MyGuidie, ale dobrze wiem, jak należy mierzyć PR skoncentrowany na media relations. Czy autor porównał zmierzone dane do poprzednich wyników (jeśli takie były?), do oczekiwanych rezultatów (czy w ogóle takie miał?) lub działań konkurencji? Przecież brak odniesienia powoduje, że liczby o których mówi, nie mają kompletnie żadnego znaczenia.

I na koniec, uprzedzając pytania w komentarzach: tak, jestem zazdrosny o sukcesy innych. Tak, ten tekst jest wymierzony w konkretne osoby. Jakie? We wszystkie, o których pomyślał każdy pojedynczy czytelnik tych wypocin. Nigdy nic w życiu nie osiągnąłem, jestem nieszczęśliwym komentatorem, zdobywającym doświadczenie jedynie ruszając ustami w sieci.

photo credit: dierken via photo pin cc

In this article

Join the Conversation

7 comments

  1. shirocco Odpowiedz

    Winę za to po części ponoszą też serwisy,blogi i srodowisok, ktore pompuje ta banke. To co piszesz poklepwanie sie pleckach, lans na campach i konkursach…gowno warte. wszystko tylko ladnie wyglada z zewnatrz

    View Comment
  2. Mateusz Piwnicki Odpowiedz

    Tak to wlasnie wyglada ale zaraz tysiace startupow bedzie szlo w zaparte i bedzie zaprzeczac. Moze niektorych to nie dotyczy ale na pewno si enie myslisz.

    View Comment
  3. Marta Odpowiedz

    Brutalna prawda, ale prawda. Dobrze, że ktoś w końcu odważył się to powiedzieć.

    View Comment
  4. Lepsiejszy Odpowiedz

    Haha… lepiej bym tego nie ujął. Trafne, zabawne i prawdziwe. Cała esencja o tych „byznesach” 😀

    View Comment
  5. Joanna Odpowiedz

    No ale hola hola, start-upy tworzą różni ludzie ale pewnie niewielu z nich to jednocześnie programiści i marketingowcy i PRowcy. Nie wystarczy zbudować i postawić na .pl – trzeba jeszcze jakoś dotrzeć do odbiorcy i zarabiać. Czyli jak ja zwracam się do speców od reklamy w sieci, bom start-up, oni mówią mi jakie są sposoby na pokazanie się, to jakie ja mam możliwości zweryfikowania tego co oni mi mówią? Mało tego- ja im zapłacę za wyniki, więc prawdopodobnie wykorzystane zostaną wszelkie możliwe sposoby na zmaksymalizowanie efektów. Czemu nie- jeżeli obie strony będą zadowolone? Fakt- każdy ma swój rozum i nie musi zaraz na ślepo iść we wszystko, tu się zgadzam, jak również z tym, że dobry produkt obroni się sam, ale czy on dobry- oceni to użytkownik- a do niego trzeba dotrzeć.

    View Comment
  6. obywatel zniesmaczony Odpowiedz

    Mi kiedyś się chciało śmiać jak do mojego klienta przyszli panowie Prezes z Dyrektorem Sprzedaży i chcieli mu wcisnąć tekstami w stylu „myśl globalnie działaj lokalnie” reklamę na ich portalu za 1500zł rocznie. Portal nowy, ma dopiero kilku klientów, ważnych ale nie możemy powiedzieć jakich.

    View Comment
    1. Kamil | SocialTalk.pl

      Oczywiście, jak nie mamy klientów, to lepiej powiedzieć, że mamy, ale to tajemnica jakich. Nie daj Boże ktoś by się dowiedział, jakie to „grube” ryby i biznes by padł.

      View Comment