Lubię takie spontaniczne wpisy. Bez napinki, bez trzymania sztywnych ram, które jakby na złość same niekiedy wpadają między wierszami. Ale za to pisane pod wpływem refleksji, rodzących się po uczestnictwie w różnych dyskusjach internetowych.

Już tu kiedyś pisałem, dlaczego brak krytyki może być bardzo szkodliwy. Tym, którzy nie odwiedzili zakładki „O blogu”, przypomnę jedną z moich żelaznych zasad: Nie ma szkodliwej krytyki. To jej brak może być bardziej szkodliwy.

Nie zliczę, ile razy po mojej wypowiedzi przeczytałem: „Dobrze, że ktoś odważył się to w końcu powiedzieć”. I tak to właśnie wygląda w internetowych społecznościach. Wszyscy wiedzą, co o danym temacie sądzić, ale większość to bierni obserwatorzy. Niektórzy boją się albo wstydzą wyjść przed szereg i wydusić z siebie parę słów. OK – ja to rozumiem. Oni wolą takich jak ja, co to otworzą szeroko paszczę i głośno powiedzą, co o tym myślą. Wówczas mogą się pod tym podpisać, albo nadal milczeć.

Niestety, albo stety, ja już tak mam, że sobie i innym stawiam wysokie wymagania. Nienawidzę kiczu, miernoty i udawania. I jak coś nie spełnia moich oczekiwań, mówię o tym prosto z mostu. Jestem zwolennikiem terapii szokowej i wysublimowanych sformułowań, które w dosadny i bezpośredni sposób opisują rzeczywistość. Ugryzienie się w język na mnie nie działa.

W ostatnich dniach nie mogłem się nadziwić, jak jedna z tematycznych grup o social mediach na Facebooku, staje się nieokiełznanym śmietniskiem. Tyle się mówi o spamie, o ciągłej walce z odcedzaniem wartościowych treści w internetowym szambie. Także o tym, że warto tworzyć wyspecjalizowane w jednej tematyce przyczółki. I co?

I z czasem robi się z tego niemoderowana Wolnoamerykanka. Nie od dziś wiadomo, że jak się nie dba o wypowiedzi „na temat”, to czytanie dyskusji przestaje być przyjemne i nie zachęca do tworzenia wartościowych treści. Członkom przestaje zależeć na tym, czy w grupie o social mediach przywołuje się historie w kolejkach do lekarza na temat środków przeciwbiegunkowych, czy może faktycznie „na temat”.

Jakbym sobie chciał poczytać o przyrządzaniu kotletów, odpaliłbym sobie jakiegoś kulinarnego bloga. Dlaczego więc niektórzy są takimi ignorantami tworzenia jasno sprecyzowanych zasad i zawężonej tematyki? Dziwne to, zaprawdę dziwne. Tym bardziej wtedy, kiedy autor, niezwiązanego z tematyką grupy wątku, tkwi w przeświadczeniu o „aktualności” i „wysokiej” wartości treści, którą opublikował.

Mój sprzeciw wyzwolił w pozostałych ignorantach klepanie swojego po plecach i klaskanie w rytm kibicowskiego „nic się nie stało”. A ja to jestem „be”, bo odważyłem się zwrócić uwagę, że tematyka wątku ma tyle wspólnego z social mediami, co moja babcia z baletem. Jestem „be”, bo zwróciłem uwagę, że treść jest nieaktualna i warto się zastanowić, czy to ma jakąkolwiek wartość.

Nie pojmuję tego tym bardziej, że chociażby na GoldenLine funkcjonuje kilka grup, gdzie na autorów takich poczynań nie pozostawia się suchej nitki. Kiedy tam wchodzisz, od razu wiesz, że panują tu z góry określone zasady i porządek, a moderacja nie śpi. Po prostu wraca się tam z przyjemnością, bo wiesz, że znajdziesz tam zawsze wysoką wartość wypowiedzi i forum, działające jak w szwajcarskim zegarku.

Przy okazji dyskusji w grupie na Facebooku otrzymałem kilka „dobrych” rad i uwag na mój temat. „Kocham” takich ludzi, którzy wiedzą ode mnie lepiej, czym ja się mam zajmować, co krytykować i jak ma wyglądać mój blog.

„Posty na blogu obracają się wokół krytyki – to niebezpieczne i potrafi skrzywić człowieka ;)”. Zgadzam się w pełni. Różnica polega jednak na tym, że dla mnie nie ma szkodliwej krytyki. Wg innych jest im nie tylko szkodliwa, co niebezpieczna. Dla ich wizerunku rzecz jasna. Bo porusza niewygodne dla nich tematy, które woleliby przemilczeć.

Może doczekamy się czasów, że blogerzy za przesadną krytykę i głoszenie bojkotów, będą jak Tomasz Raczek – posądzani za krzywdę i straty finansowe. W sieci trzeba być twardym jak chleb z Biedry – przyjmować na klatę krytykę i przejawy niezadowolenia. A nie prosić o łagodny osąd, jak Olivier Twist o miskę kleiku.

Ale ja czekam. Czekam, aż ktoś lub coś zamknie mi usta. Czekam, aż coś będzie tak zajebiste, że odbierze mi mowę. Chcę się zachwycać i kąpać w jacuzzi wysokiej jakości treści, produktów i usług. Szkoda, że cały czas muszę uważać na rozlewające się w sieci szambo.

In this article

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Czekam, aż ktoś zamknie mi usta"

Powiadom o
5000
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Gość
No to kurcze pojechałeś teraz po bandzie;) Ja należę do osób bardzo krytycznych i głośno wypowiadających swoje zdanie, jednakże wobec siebie jestem o wiele bardziej krytyczna i zaczynam krytykę właśnie od siebie.. Od razu muszę się przyznać że jestem totalną ignorantką jeśli chodzi o blogi i vlogi (ten drugi termin poznałam przed chwila dzięki Tobie) i dlatego może i ja nigdy nie wyszłam w necie tak jak Ty przed szereg bo mnie w tym życiu internetowym po prostu nie było. Wierz mi jednak na słowo że nie raz nie dwa obrywało mi się za swoje krytyczne zdanie i brak strachu… Czytaj więcej »
Gość

Mam nadzieję że nasza rzeczywistość jest stale polepszana.. to takie moje małe złudne marzenie.. więc jak tylko coś krzepiącego Cię spotka Kamilu to od razu wrzucaj to tutaj. Ja czekam z niecierpliwością i utęsknieniem..

Z tego co zrozumiałam można odpowiadać również filmikami. Może jak mnie spotka coś fajnego to podzielę się ze wszystkimi jako odpowiedź na to całe zło i niesmak który pozostaje po spotkaniu z codziennością 😛

Nie znam się na tej całej komputeryzacji i smartfonyzacji ale mogę się poświęcić w celu poprawy nastojów ogółu i swojego oczywiście ;D

View Comment
wpDiscuz