Widzę „Lubię to”. Ale nie klikam. Nawet nie ma jak kliknąć. Dziwne? Nie, bo tam się głównie pije i je. Z różnymi skutkami.

Poniedziałek. Jest późny wieczór, szukam dobrej miejscówki na odrobinę chill outu z bliskimi. Wchodzimy do „Lubię to” w warszawskich Złotych Tarasach. Nigdy tam nie byłem, ale takiemu geekowi jak ja nie wypada nie wdepnąć do knajpki, której nazwa kojarzy się bardzo jednoznacznie.

Zamawiamy po jednym drinku, żeby o suchych jęzorach nie siedzieć. Melduję się na Facebooku i od razu czytam rekomendacje: „Pizza palce lizać”, „Super miejsce” i inne takie tam, co to żadnego podejrzenia na knajpkę nie rzucają. Sięgam po menu, bo w brzuchu zaczęło już burczeć. Myślę sobie: weźmy tą włoską pizzę i sprawdźmy, czy ona taka naprawdę super, jak ją na Facebooku zachwalają.

Po krótkim czasie uczta wjeżdża na talerzach. Włoska pizza w połowie wegetariańska, w połowie capriccioso – tak, jak chcieliśmy. Na pierwszy rzut oka wygląda zupełnie przeciętnie. Cienka jak guma od majtek. W smaku ohydna, co potwierdza wcinająca ze mną druga osoba. Ale co tam, może to kwestia gustu? Przecież bywają lepsze i gorsze pizze, prawda? Jakoś to przełknąłem, zapiłem procentami i zapomniałem. Choć z przyjemnością to raczej wiele wspólnego nie miało.

„Przyjemności” zaczęły się dopiero na noc. Po powrocie do domu „Lubię to” nabrało dla mnie zupełnie innego znaczenia. Mój układ pokarmowy, z którym zasadniczo nie mam problemów, zbuntował się i zamiast „lubię to” powiedział: „zwracamy to”.

Bez skrupułów lubię wszem i wobec ogłaszać, co mi się podoba, a co lepiej omijać szerokim łukiem. Zatem i tym razem nie mogło być inaczej. Wróciłem na facebookową tablicę „Lubię to” i uraczyłem knajpkę swoją szczerą opinią. Krótko i dosadnie, że drinki i ceny były ok, ale pizza wyszła nie tą częścią ciała, co powinna.

Zasadniczo dawałem sobie 20 proc. szans, że tego nie skasują i potraktują całkiem poważnie. No bo ile razy ktoś kasował mój nieprzychylny im komentarz? Oj wiele razy. „Lubię to” jednak odpisało, nawet podziękowało za opinię i wyraziło chęć ponownego spotkania ze mną i rekompensaty.

Restauracja Lubię to - komentarz na Facebooku

Jaki z tego morał? Naprawdę warto mówić o swoich doświadczeniach. Nieważne, czy dobrych, czy złych. Mi wcale nie chodziło o uzyskanie rekompensaty czy teatralnych przeprosin na publicznej tablicy. Każdy z nas ma pewne wyobrażenie o swoich działaniach, a na sobie trudno wydać obiektywny wyrok. Dlatego tak ważna jest informacja zwrotna od klientów, czy obserwatorów. Jeśli ktoś nie ma świadomości, że coś jest źle, jak miałby to zmienić?

In this article

Join the Conversation

3 comments

  1. Rafftp Odpowiedz

    A może ten Kamil Newczyński to pracownik tej restauracji a ta jego opinia to zwyczajna kłamliwa reklama?

    View Comment
    1. Kamil | SocialTalk.pl

      @Rafftp,

      masz rację ;D Dojeżdżam z Poznania do Warszawy, by pracować w restauracji przy Dworcu Centralnym… Naprawdę sądzisz, że taka praca jest warta codziennych dojazdów po 300 km w jedną stronę? 😀

      View Comment
  2. Krzysiek Odpowiedz

    Pamiętaj drogi Kamilu ze ktoś prawdopodobnie stracił przez Ciebie prace.. Ty napiszesz taką opinię, X osób ją przeczyta i część z nich weźmie to do siebie.. A na to takie firmy pozwolić sobie nie mogą.. Więc Ciebie przepraszają a pracownika zwalniają..

    View Comment